Jak do tego doszło.. „…myśl, żeby zostać trenerem, przyświecała najbardziej.”

Zarabiałem grosze. Ale myśl, żeby zostać trenerem, przyświecała najbardziej.

Artur Węska wylądował na stołku trenerskim, gdy Znicz był w strefie spadkowej na osiem kolejek przed końcem ligi. To była jego pierwsza praca samodzielna praca z seniorami. 31 lat na karku. Kumple z juniorów Zagłębia – Forenc, Błąd, Olkowski – wciąż na boisku. Ale Węska w wieku 24 lat rzucił piłkę i postawił na jedną kartę: trenerską.

Misja specjalna w Zniczu okazała się rewelacją – Węska utrzymał ligę wygrywając sześć z ośmiu meczów, w tym w ostatniej kolejce na Widzewie. Zaciekawiła nas to historia więc postanowiliśmy dowiedzieć się: kto zacz. Zapraszamy.

***

Panie Arturze, jak to jest wygrać ważny mecz na Widzewie?

Zwieńczenie całego sezonu dla całego klubu. Happy end po ciężkich momentach. Drużyna pokazała, że ma duży potencjał. Bardzo fajnie mi się pracowało z chłopakami te osiem meczów, a spotkanie z Widzewem… myślę, że udowodniło stworzenie drużyny i fajnej atmosfery. Pokazaliśmy charakter i niezłą piłkę, można się tym tylko cieszyć i być dumnym z wykonanej pracy.

Zepsuł pan fetę w Łodzi.

Na pewno przykro było patrzeć na te obrazki – szybko zostaliśmy poproszeni o zejście do szatni. Później, gdy wyszedłem zobaczyć co się dzieje… ten pusty stadion przerażał. Nikogo nie było poza policją i ochroną. Ludzie z klubu, którzy kręcili się po korytarzach, też byli bardzo smutni. Ale tak jak mówiłem przed meczem w mediach widzewskich – obie drużyny walczyły o trzy punkty, obie o odmienne cele, Widzew i Znicz musiały wygrać by nie oglądać się na innych. Byliśmy lepsi i udowodniliśmy to na boisku.

Za panem intensywne sześć tygodni, w których rozegrał osiem meczów, z których wygrał sześć i zrobił utrzymanie.

Objąłem zespół w takim momencie, że treningów powiedzmy „normalnych” 90-minutowych, podczas których nie trzeba było obawiać się o zmęczenie i urazy, mieliśmy tylko trzy. Terminarz przez pandemię był bardzo napięty, musieliśmy bardzo zwracać uwagę na regenerację. Skupiliśmy się na rozmowach indywidualnych, praca taktyczna polegała bardziej na analizach indywidualnych, grupowych czy zespołowych, zarówno swojej gry jak i analizie przeciwnika.

Cel był zawsze taki sam: najbliższy mecz, dalej nie patrzymy. Nie analizujemy tabeli, nie siedzimy w telefonach, bo to może nas zgubić. Po trzech zwycięstwach ze Skrą, Stalą Rzeszów i Legionovią przegraliśmy na wyjeździe z Garbarnią i ta porażka znowu zepchnęła nas do strefy spadkowej. Zobaczyłem u zawodników ponownie: sprawdzanie tabeli, analizowanie, kalkulowanie – kto ma jaki bilans bezpośrednich meczów… Widać w tym było obawę, może nawet przerażenie, że te trzy wygrane nie dały nam tak naprawdę nic. Więc pracowaliśmy nad głowami – do każdego meczu podchodzić z myślą, że wychodzimy tylko po zwycięstwo i nic więcej ma nas nie interesować. Zawodnicy uwierzyli w siebie, wykonali wielką mentalną pracę.

Dla pana to był pierwszy raz w samodzielnej pracy z seniorami, od razu II liga i trudna sytuacja na finiszu. Była obawa czy jednak ekscytacja?

Każdy trener marzy, żeby objąć zespół, kiedy jest dobrze. Kiedy masz czas na poukładanie zespołu, wdrożenie swoich zasad, swojego pomysłu taktycznego, przekonanie kibiców, zarządu do siebie i swojej koncepcji. Ja objąłem zespół będący na miejscu spadkowym. Był czwartek po porażce w Łęcznej, w niedzielę arcyważny mecz ze Skrą, gdzie wygrywając łapaliśmy kontakt, przegrywając Skra odjeżdża na 7 punktów. Obawa była, ale przede wszystkim była jednak koncentracja na tym żeby w te trzy dni zrobić wszystko żeby wygrać mecz. Zawsze marzyłem, żeby móc stanąć przy linii bocznej i prowadzić zespół Znicza z pozycji pierwszego trenera. To było super uczucie.

Zwolnienie trenera każdego zaskoczyło, nie wiedzieliśmy co będzie dalej. Piłkarze też to odczuli, bo prawda jest taka, że odpowiedzialność za wyniki biorą wszyscy, sztab i piłkarze, nie tylko pierwszy trener.

Pewnie myślał pan, że też może wylecieć.

Tak. Natomiast zostałem poproszony o to, żeby poprowadzić zespół w najbliższym meczu. Liczył się tylko mecz ze Skrą. Chcę jednak powiedzieć, żeby w utrzymaniu nie zapominać o roli Piotra Mosóra. Mocno się do tego przyczynił, zdobył ważne punkty. Zmiana szkoleniowca nie może zamazywać jego pracy: to super człowiek, relacje nasze, jak i pomiędzy trenerem i klubem, są dobre.

Chciałem wskrzesić w chłopakach wiarę w zwycięstwo po serii porażek. Wzbudzić w nich sportową złość, przypomnieć o drzemiącym w nich potencjale. Wiedziałem, że to dobrzy piłkarze, niektórzy z dużym doświadczeniem na poziomie Ekstraklasy. Zmontowałem im film motywacyjny na odprawę przedmeczową ze Skrą z najlepszymi momentami w ich karierze. Robert Obst bramka w Ekstraklasie dla Pogoni Szczecin, Martin Baran gol dla Jagielloni, Paweł Moskwik dla Podbeskidzia, Darek Zjawiński dla Cracovii. Wszyscy osiągnęli w przeszłości dużo. Powiedziałem im, że mieli w przeszłości do czynienia z niejednym kryzysem. Ale je przetrwali. I tak samo zrobimy tutaj.

Ilu piłkarzy jest starszych od pana?

Mam 31 lat, więc kilku. Ale to żaden problem w dzisiejszych czasach, widzimy przykłady z Zachodu. Podeszli profesjonalnie, z szacunkiem, nikt nie kwestionował decyzji, nikt się nie oburzał, że został zmieniony albo coś podobnego. Ja jestem też takim trenerem, który lubi rozmawiać z zawodnikami. Chcę, żeby byli bardziej świadomi. Myślę, że świadomy zawodnik to lepszy zawodnik. Rozumie jakie są cele. Jest jasne, że drużyna ma cele, piłkarz ma swoje indywidualne cele, trener ma cele. Jak trener idzie w jedną stronę, zawodnik w drugą, a drużyna w trzecią – a są takie przypadki – to zaczynają się problemy. Ja mogę powiedzieć, że w ośmiu meczach graliśmy do jednej bramki.

Wielu pana kolegów, choćby z juniorów Zagłębia, wciąż gra w piłkę.

Ostatnio rozmawiałem z Krystianem Getingerem – mówił, że wreszcie dotarł do ESA, co sobie obiecywaliśmy w Zagłębiu. Dokonał tego mając 31 lat na co bardzo zasłużył. W meczu z Polkowicami po drugiej stronie grali Karol Fryzowicz i Mariusz Szuszkiewicz, razem wygrywaliśmy z Zagłębiem Młodą Ekstraklasę. Tak samo Karol Kostrubała z Garbarni z którym grałem w Motorze Lublin, który akurat miał w meczu przeciw Zniczowi kontuzję.

Korci pana jeszcze czasem, żeby wejść na boisko?

Nie. Zbyt jestem zafascynowany zawodem trenera. Absolutnie nie myślę już o graniu – to minęło bardzo dawno temu.

Nawet do dziadka pan nie wchodzi?

Wchodziłem jako asystent chętnie, teraz jakoś nie było okazji.

Odkręćmy trochę ten licznik. Jako nastolatek jak sobie pan wróżył przyszłość w piłce?

Marzyłem, żeby zagrać w Ekstraklasie. Przechodząc z Wisły Annopol – małego klubu na Lubelszczyźnie – do SMS-u Kraków chciałem, żeby ktoś pokazał mi profesjonalny trening. Wiadomo, że u siebie w Annopolu graliśmy całe dnie, między blokami na boisku, ale profesjonalna piłka i trening wymaga czegoś więcej. Chciałem się uczyć i już wtedy, w Krakowie, zaczęła się fascynacja tym na czym to nauczanie faktycznie polega. A potem jak poszedłem do Zagłębia – kosmos. Kapitalne rzeczy, kapitalni trenerzy. Coraz wyższy poziom, aż po pierwszą drużynę u trenera Rafała Ulatowskiego. Po roku w Zagłębiu zapisałem się na studia we Wrocławiu – AWF ze specjalizacją trenera piłki nożnej.

Naprawdę w takim wieku to pana kręciło? W takim wieku kręcą, delikatnie mówiąc, inne formy spędzania czasu.

Zdecydowanie tak. Coś zapaliło się w głębi mnie.

Robił pan notatki?

Robiłem. Do tej pory je mam. Nie notowałem wszystkiego rzecz jasna, ale te najciekawsze. Czerpałem od wszystkich trenerów których obserwowałem i pracowałem. Trenera Buczka, Ulatowskiego, Fornalaka, Lenczyka, Smudy czy Urbana.

To ma pan notatki rzutów piłką lekarską i gimnastyki krzesłem ogrodowym, z których to zajęć słynie trener Lenczyk?

Wszystko to widziałem i obserwowałem, każdy trener ma swoje metody, trener Lenczyk to wielki trener.

Trener Lenczyk wzbudzał szacunek. Jak wchodził do pokoju, każdy zamierał. Pamiętam taką sytuację w pokoju maserów na Zagłębiu. Nagle wchodzi trener. Nikt się nie odzywa, ale jeden z zawodników, który był zaraz przy drzwiach, wystrzelił do niego i chciał mu podać rękę. Trener Lenczyk stanął, popatrzył się, nic nie powiedział, nie podał ręki, przeszedł dalej. Z każdym się przywitał w pomieszczeniu, doszedł z powrotem do tamtego. Stanął przy nim, popatrzył, podał mu rękę i wyszedł. Ja to odebrałem jako lekcję: szacunek dla starszych, to oni pierwsi powinni podawać rękę. Pewne zasady.

A co wziął pan od trenera Urbana?

Pamiętam jak zaprosił mnie na trening do pierwszej drużyny. Było ćwiczenie z dośrodkowaniami. Nie za bardzo mi wychodziło i napastnicy się denerwowali, że słabe wrzutki. Ja załamany po treningu bo pokazałem się ze słabej strony. Trener Urban podszedł wtedy do mnie, objął po ojcowsku i z uśmiechem na twarzy powiedział żebym był spokojny, żebym wierzył w siebie i ciężko pracował żeby być lepszym. Taka lekcja przydaje się dzisiaj kiedy jestem trenerem. Wsparcie jest potrzebne każdemu.

Jak pan dwukrotnie wygrywał ME z Zagłębiem, to chyba była wiara, że coś z tej kariery będzie? Grał pan z wieloma zawodnikami, którzy do dziś grają: Błąd, Dąbrowski, Olkowski, Oleksy, Woźniak, Forenc…

To była grupa fantastycznych chłopaków, wygrywaliśmy ze wszystkimi. Najlepszy był jednak Piotrek Zieliński. Pięć lat młodszy ode mnie. Miał piętnaście lat. a i tak wchodził do nas i tej różnicy wieku nie było widać. Obunożny, z dryblingiem, z techniką, która była niesamowita. Skryty, ale umiejętności raziły w oczy.

Jak pan jechał na zgrupowanie z seniorami, dopuszczali do kart?

Nie miałem przyjemności. Do tej pory tak jest, że są grupy młodszych, starszych – byle były między grupami zdrowe relacje.

Bardzo dobrze natomiast trzymałem się z Iljanem Micanskim. Razem mieszkaliśmy, bardzo otwarty człowiek. Po wygranym meczu zawsze mówił:

– Dawaj do mnie! Albo jedziemy na kolację!
– Co ty, Iljan, jutro mam trening wyrównawczy…
– Jedziemy do Wrocławia!

Niesamowity człowiek.

Rozprowadzał pana po mieście.

Bardziej chciał mnie otworzyć. Byłem bardzo spokojny, nigdzie nie wychodziłem, a on lubił po wygranej wyjść, coś zjeść, posiedzieć ze znajomymi, pogadać. To nie były jakieś imprezy, tylko spędzanie czasu razem.

Z pierwszego zespołu nie zapomnę też obozu w Wiśle za trenera Ulatowskiego. Mój drugi trening. Gra na utrzymanie, dwie bramki w środku zwrócone do siebie tyłem. Jako napastnik kręciłem się wokół nich i czekałem na piłkę. Tych jednak nie dostawałem wcale. Czekam, czekam, w końcu stanąłem, podparłem się o słupek ręką. Nagle gwizdek. Cisza. Trener Ulatowski wpada na boisko.

– Wąski!. Co ty robisz?! O słupek się opierasz? Nie chce ci się grać? Ile ty masz lat? Nie mogę na was patrzeć. Na wasze zaangażowanie. Kończymy trening, do hotelu.

Ja załamany. Michał Stasiak podszedł do mnie, objął tak i powiedział:

– Spokojnie młody, nie przejmuj się, ale więcej tak nie rób.

Później poszedłem do trenera, przeprosiłem. A on… śmiał się. Mówił, że nie chodziło mu o mnie, cały trening mu się nie podobał, ja byłem punktem zapalnym, ale w sumie pretekstem, żeby to zakończyć.

W seniorach miał pan dwie szanse – Chrobry i Motor.

W Chrobrym przeżywałem ciężkie chwile. Sprowadził mnie Radek Kałużny, wówczas dyrektor sportowy. Trenerem był Janusz Kubot, też z Lubina. Chcieli skorzystać na współpracy z Zagłębiem. Miałem strzelać – nie strzelałem. Zaczęły się gwizdy, wyzwiska, tym większe, że Chrobry, delikatnie mówiąc, z Zagłębiem się nie lubi. Trochę to było zderzenie z innym klimatem, innymi wymaganiami.

Motor natomiast wspominam bardzo dobrze. Stąd pochodzę, żona też jest z Lublina, a Motorowi kibicowałem od dziecka. Cieszyłem się, że mogę tu pograć. Fajna przygoda, fajni trenerzy, choćby Mariusz Sawa czy Piotr Świerczewski.

Z czegoś szczególnego zapadł panu w pamięć Piotr Świerczewski?

Pamiętam jego słynny konflikt z człowiekiem od boiska. Nie mogliśmy trenować, bo leżał śnieg. Sami chcieliśmy odśnieżyć. Temu człowiekowi to też się nie podobało. Wyzwiskami traktował trenera – grubo przesadził. W sumie trener dla nas tam poszedł, a my poszlibyśmy za nim w ogień. Sytuacja w Motorze była trudna, ale potrafił nas zjednoczyć. Osobowość niesamowita. Uśmiechnięty, energiczny człowiek, który swoim entuzjazmem zarażał innych. Wiedzieliśmy, że jak pójdziemy na trening, to trener coś wymyśli, żeby było dobrze.

Później jeszcze epizod w Annopolu i bardzo wcześnie kończy pan karierę piłkarską.

Byłem dogadany w Motorze, że zostaję na kolejny sezon i dostanę też grupę młodzieżową, bo kończyłem studia. Z tym, że miałem z tego tytułu też dostać kwotę za prowadzenie tej grupy. Tego drugiego już nie dotrzymano. Wcześniej były wyrzuty, że nieraz jadę po meczu, całą noc, na studia do Wrocławia – to się jakoś wyprostowało, ale tu uznałem, że to może moment, by zdecydować.

Nie bolało tak rzucić grania?

Długo myślałem, miałem oferty z III ligi, choćby KSZO. Ale postawiłem na trenerską kartę. Prowadziłem grupę U16 w Wiśle Annopol i zapisałem się na kurs UEFA A.

To chyba wiązało się z ekonomicznie też dużym krokiem w tył.

Był krok w tył, ale w Annopolu mieszkałem w domu rodziców, koszty utrzymania mniejsze. Miałem 24 lata. Na pewno zarabiałem grosze – 800 zł. Ale myśl, żeby zostać trenerem, przyświecała mi najbardziej. Potem wyjechałem do Warszawy, moja obecna żona podjęła tam studia magisterskie, chciałem do niej dołączyć.

To tutaj już 800 złotych tym mniej znaczy.

Pojechałem bez niczego, nie znając nikogo, szukając pracy trenerskiej. Wysyłałem CV wszędzie, nie mając nic w tym CV, bo byłem tylko byłym zawodnikiem. Byłem w Legii na testach do Akademii – z dwunastu wybrali sześciu, nie załapałem się.

Wtedy pomógł mi Karol Kostrubała, z którym grałem w Motorze. Miał znajomego w Zniczu. Załatwił mi spotkanie z obecnym prezesem i koordynatorem akademii. Przyjechałem. Pokazałem się. Zostałem.

Coś poza tym pan wtedy robił?

Nie, tylko trenerka, dwie grupy. Żyłem tylko z tego, wynajmowaliśmy z obecną żoną kawalerkę na Ursusie. Były ciężkie momenty, ale i tak czułem, że to szansa. Znicz jest renomowaną marką na Mazowszu, fajne miejsce do pracy. Nie patrzyłem wtedy na pieniądze.

Przełomem była jednak asystentura przy pierwszej drużynie.

Tak się ułożyło, że rok pracowałem z młodzieżą, a potem od trenera Banasika odszedł jego asystent z przyczyn zdrowotnych. Zasugerowano trzech kandydatów, trener wybrał mnie. Też to było wyróżnienie dla mnie, bo byli tacy, co pracowali w klubie dłużej. Na pewno od trenera Banasika nauczyłem się bardzo dużo , to bardzo dobry trener. Przygotowanie do treningu, merytoryka na wysokim poziomie, pracował w Legii z topowymi zawodnikami, to było widać.

A trener Żuraw? Pod nim też pan pracował.

Na pewno inna osobowość. Bardziej spokojny. Co go wyróżnia to bardzo dobre oko do piłkarzy. Widział szczegóły piłkarskie, których ja nie dostrzegałem. Jak ktoś się porusza, jaki błąd popełnia, jak się ustawia. Nie mówił nigdy ogólnikowo. Czasami w ogóle czegoś nie widziałem, nie myślałem o tym, a on patrzył na sytuację pod innym kątem. Mówił mi:

– Spójrz na tę sytuację oczami rywala. Spójrz na nią oczami bramkarza, obrońcy, napastnika.

I ciągle motywował, żeby jeszcze szukać, jeszcze raz zobaczyć, z kilku perspektyw. Czy to, co myślałeś, że jest błędem – czy na pewno to o to chodziło. Ufał młodym, dawał im zaufanie.

Jednak chciałem podkreślić że od każdego trenera nauczyłem się wiele. Trener Dariusz Kubicki, Ariel Jakubowski czy Piotr Mosór to bardzo dobrzy trenerzy z którymi miałem przyjemność pracować i zdobywać doświadczenie.

Czy względy formalne pozwolą panu trenować Znicz w przyszłym sezonie? Chyba wypadałoby kontynuować.

W poniedziałek i wtorek byłem na egzaminach na kurs UEFA PRO. Drugi raz aplikowałem, w zeszłym roku się nie dostałem. Zobaczymy, komisja będzie weryfikować, wszystko zależy od tego. Jeśli bym się dostał, byłaby szansa powalczyć o licencję warunkową.

Kiedy wyniki? Bo sezon niebawem.

Ciężko powiedzieć. Mam nadzieję, że szybko, żeby każdy miał możliwość podjęcia pracy – było nas ponad 60, miejsc 24, każdy walczy, żeby się dostać, pracować wyżej, ale wszyscy cierpliwie czekamy.


 

Zacznij dyskusję

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *